Pracownia Witraży Heleny Gromak-Ołdytowskiej skrywa się pośród domów, w bliskości lasu i w sporym oddaleniu od centrum Supraśla. Tu w ciszy i skupieniu każdego dnia autorka tworzy wzory inspirowane naturą, sztuką albo wyobraźnią – własną i zamawiających. Baśniowe, piękne.

 

Niewielu ludzi może się pochwalić zawodem witrażysty. W Supraślu mamy artystkę, absolwentkę Liceum Plastycznego, która od kilkunastu lat tworzy małe i większe witraże. Na potrzeby własne, na zamówienia prywatnych osób i instytucji. Wraz z mężem Tomaszem Ołdytowskim w ciągu roku zmienią miejsce zamieszkania – tym samym przenosząc Pracownię Witraży. Bez obaw! Pozostaną w Supraślu. W końcu pan Tomasz to prezes Towarzystwa Przyjaciół Supraśla. W swoim nowym domu będę mieć własne pracownie, do tego pensjonat dla gości. W przyszłości więc Pracownię Witrażu będziecie mogli odwiedzić pod nowym adresem, w otoczeniu łąk i stawów pełnych żab i ptactwa. Dziś zaś posłuchajcie opowieści pani Heleny o jej pracy i pasji. Prosto z dotychczasowego warsztatu przy ulicy Wiewiórczej.

 

„Najpopularniejszy wzór?

Anioły! Uniwersalny prezent na każdą okazję. Nazywam je dobrymi aniołami.

Pracuję sama, bo to mi sprawia przyjemność. Robię wszystko swoim rytmem, to co lubię, czasami pod większe zamówienie. Pracuję w tym zawodzie już kilkanaście lat. To jest moje główne zajęcie.

Gdy nie mam zamówionych tematów, inspiracji szukam w naturze.

Najpierw wymyślam temat. Rysuję wzór, czasami – na szczęście rzadko – ktoś mi przynosi gotowy. Wzory nie muszą być proste. Chodzi tylko o to, by się je dało wyciąć ze szkła. Gdy patrzę na projekt, od razu wiem, który się nadaje, a co ewentualnie należy przerobić.

Najczęściej wykonuję na zamówienie statuetki. Ostatnio sprzedałam ich 100! Czyste szaleństwo.

Szkła do witraży są głównie sprowadzane z hut amerykańskich i niemieckich. Kupuję je w zaprzyjaźnionej hurtowni w Warszawie. Każde szkło jest niepowtarzalne, bo kolory są mieszane ręcznie. Kocham te wielobarwne, które mają swoje własne wzory. Nie zawsze kupuję to, które akurat jest mi potrzebne, tylko to, które mi się podoba. Niektóre szkła są tak piękne, że nie tnę ich. Wtedy taki duży kawał można  na przykład wykorzystać do kolażu.

Czasami mąż pomaga mi na przykład przewrócić duży witraż w trakcie lutowania na drugą stronę, ale zdecydowanie nie lubię, gdy ktoś mi się plącze po pracowni. To jest moja świątynia.

Pewnie mogłabym lepiej zarabiać na witrażach, gdybym miała pracownika. Ale jestem szczęśliwa w pojedynkę. Włączam sobie zawsze muzykę, Cohena, Grechutę czy inną.

Pracowałam swego czasu  przy konserwacji zabytków, w Pracowni Konserwacji Dzieł Sztuki. Miałam też firmę, w której zajmowałam się głównie renowacją starych mebli. Dopadła mnie jednak alergia na kurz, pleśnie i pyłki. Musiałam zmienić charakter pracy i nie żałuję. Witraże były moim marzeniem. Miałam kolegę, który tworzył witraże, ale nie był zbyt chętny, aby mi pokazać, jak to się robi. Postanowiłam, że sama sobie poradzę. Najtrudniej było znaleźć hurtownię ze szkłem witrażowym.

Nie wracam do tego, co było kiedyś. Ważne jest życie w tej chwili. To mnie interesuje. Zamykam to, co było, idę dalej…

To mi się w ogóle nie nudzi. Kiedy  wyjeżdżam na wakacje, zabieram ze sobą małe koraliki do biżuterii, byle coś tworzyć. Jestem w tym spełniona. Mam szczęście, gdyż moja praca jest jednocześnie moim hobby.

Jak długo powstaje witraż? To zależy od skomplikowania wzoru. Takie oko mogę zrobić w jeden dzień. Pierwsza jego wersja była ozdobną osłoną wizjera. Gdy wystawiłam je na Facebooku, posypały się zamówienia, do zawieszenia na ścianie.

Za rok moja pracownia będzie się mieścić w nowym miejscu w Supraślu, tuż przy szpitalu sanatoryjnym. Tam się przeprowadzamy z mężem. Będziemy prowadzić pensjonat, mieć tam dom i swoje pracownie. Mąż namawia mnie na otwarcie kawiarni przy witrażach.

Kiedyś jeździłam na większe targi, imprezy. Teraz z tego zrezygnowałam, bo praca na mnie czeka. Nie muszę ubiegać się o zamówienia, na szczęście jest odwrotnie.

Wolę projektować sama, niż pod gotowy wzór. Oczywiście rozmawiamy, uzgadniamy detale, ale wolę swoje projekty. Odczuwam wówczas większą satysfakcję z wykonanej pracy. Moim ulubionym tematem są ptaki, które możemy zobaczyć na naszym niebie. Wertuję książki, przy okazji uczę się o ich zwyczajach, przylotach, odlotach… Mam już w swoim dorobku kilka wystaw, głównie z udziałem moich witrażowych ptaków.

Ta praca bywa ciężka fizycznie. Małe rzeczy się robi z przyjemnością, ale kiedy jest do zrobienia całe okno, to kręgosłup odczuwa. Niedawno robiłam kilka witraży do cerkwi w Białymstoku. Wykonywałam także okna witrażowe do sali obrzędowej w Centrum  Tatarów Polskich w Kruszynianach. Zdarzało mi się robić witraże do kredensu kuchennego czy przepierzenia. Najczęstsze są zamówienia instytucjonalne, jak statuetki czy nagrody okolicznościowe.

Lubię pracować z rana. Latem wstaję około 5.00. Wtedy najlepiej się tworzy. Umysł jest świeży, myśli mi się dobrze. Do śniadania potrafię zrobić więcej, niż przez cały dzień. Oczywiście to nie jest tak, że pracuję od rana do wieczora. Prowadzę dom, gotuję, przyjmuję  gości, mam rodzinę. Choć zdarza się, że z pracowni wychodzę po 21.00.

Te witraże z kobiecymi  motywami są robione głównie na zamówienia. Pewien pan zażyczył sobie elfika. Projektowałam różne, bardzo ładne kształty. Ciągle jednak były dla niego za mało kobiece. To nóżka wyżej, to rączka niżej. W końcu wyszła nam taka nimfa ogrodowa.

Tu zaś pani grająca na saksofonie, też na życzenie klienta.

A tu mamy Supraśl. Mam taką swoją serię supraskich witraży.

Najtrudniej jest zrobić kobiecą twarz. Jak się zrobi jakiekolwiek cięcie na twarzy, to wydaje się ona wtedy stara, pomarszczona. U mężczyzny zawsze można to przykryć wąsami czy zatuszować brodą.”

 

Pracownia Witraży

Helena Gromak-Ołdytowska

ul. Wiewiórcza 2, Supraśl