„Ich dźwięk rozbrzmiewał w całym miasteczku. Bicie dzwonów było słychać równie donośnie na Lewitówce jak i nad rzeką. Ogłaszały zbliżającą się mszę, celebrowały ślub lub towarzyszyły procesji pogrzebowej. Wyznaczały rytm życia. Podkreślały doniosłość wydarzeń.

 

W odpowiedzi na ich odgłos ludzie zaczynali wychodzić z domów i kierować się w stronę jedynego wówczas kościoła w Supraślu. W dni powszednie nielicznie, w niedziele natomiast, masowo. Szafy ukrywały specjalne ubrania i buty, które wielu wkładało tylko na tę okazję. Wieczorne dzwonienie było też najczęściej znakiem dla dziatwy, że pora już wracać do domu na nocny spoczynek. Wtedy nikt (włącznie ze mną) nie traktował tego rytuału wyjątkowo. Z perspektywy czasu zaczynam jednak zdawać sobie sprawę, jak integralną rolę w tej małej społeczności odgrywały wówczas dzwony kościelne.  Domyślam się, że w związku z większą ilością świątyń oraz odbudowanym monastyrem, dźwięczą dziś częściej niż kiedyś. Może nawet piękniej?

Crescendo pił tarczowych przeszywało uszy prawie każdego dnia. W komórkach za domami cięto drewno, które było wówczas łatwiej dostępne i dość popularne – zarówno do celów budowlanych, jak też na opał. Często ten sam odgłos dochodził z kilku kierunków jednocześnie, przy pomyślnym wietrze wspomagany zapachem żywicy. Zdarzało nam się zbierać pozostawione po pracy trociny, które jak się wtedy wydawało, były wymarzonym materiałem do zabawy. Woń świeżo piłowanego drewna jest wciąż jedną z moich ulubionych.

Jako ignorant z miasta, nie miałem ani wiedzy, ani doświadczenia, jeśli chodzi o pianie kogutów. Byłem przekonany, że posiadanie tego ptaka czyni zegar zupełnie bezużytecznym, bo kogut jak to kogut wie najlepiej, która jest godzina i swoim pianiem ogłasza światu czy już pora wstawać, czy też iść już spać. Wie, kiedy jest południe i służy jako niezawodny system alarmowy w pozostałych porach dnia. Jednak okoliczne nieloty nie miały pojęcia o moich, wobec nich oczekiwaniach, bo piały na wyścigi co kilka minut. Koncerty zdarzały się im nawet w nocy. Kiedy już wszystkie, okoliczne kurniki emitowały dość decybeli, z obowiązku dołączały się też do nich wybudzone właśnie psy. Już po chwili wszystko co tylko żyło, zdzierało gardła zupełnie ignorując moje, wielkomiejskie widzimisię.

Do stałych dźwięków należałoby również zaliczyć sunące brukowanymi ulicami ciężarówki wyładowane świeżo ściętymi w okolicznych lasach sosnami. Wszystkie one zmierzały w kierunku tartaku. Zostawiały za sobą nie tylko tumany kurzu, ale również szlak gubionej na wybojach kory. Z większych kawałków można było strugać łódeczki, którym przyprawialiśmy papierowe żagle  i puszczaliśmy na wietrze w baliach wypełnionych wodą lub nieśliśmy nad rzekę z nadzieją, że utrzymają się w wartkim nurcie. Najczęściej te nadzieje okazywały się jednak płonne.

Jakże inaczej był przez nas odbierany stukot podków końskich na tym samym bruku. O ile wielkie pojazdy były raczej uciążliwością, poczciwe furmanki wydawały się naturalną i kojącą częścią pejzażu Supraśla. Wyglądaliśmy koników z podziwem, a one nieśpiesznie, stępem pod górkę ciągnęły za sobą pojazdy wypełnione górami siana. Ich przejazd znaczył szlak gubionych, złotych źdźbeł suchej trawy. Biegliśmy za nimi, aż do momentu, kiedy znikały ostatecznie za rogiem ulicy.

Supraśl był zawsze ulubionym miejscem gniazdowania bocianów. Można tu było spotkać nie tylko bociana białego, ale również jego czarnego kuzyna. Kominy, wieże i dachy były obierane przez te, piękne ptaki jako idealne miejsca na założenie siedzib. Jak wiadomo, niektóre gniazda miały dziesiątki lat, a rok po roku ptaki nadbudowywały nową warstwę nad tą z poprzedniego sezonu. Radosne klekotanie niosło się po okolicy nader często przypominając przechodniom jakimi są szczęściarzami. Z ich obecnością było bowiem związanych wiele przesądów. Z tego powodu bociany były zawsze mile widzianymi gośćmi. Można je spotkać licznie również dzisiaj. Wyraźnie ich pozytywna moc, sprzyja piękniejącemu co roku miasteczku. Oby tak trzymać!

Ostatnim, być może nieco banalnym dźwiękiem, który nierozerwalnie kojarzy mi się z Supraślem, był wieczorny rytuał muczenia krów oczekujących, aby ktoś je wreszcie wydoił. Był to dla nas kolejny, łatwo rozpoznawalny sygnał, że dzień zbliżał się ku końcowi. Szklanka mleka z miodem była doskonałym środkiem nasennym. Serdecznie polecam!”

Tekst: Adam Banach, Kładka na Uciekaju

 

Przeczytaj także kolejną część wspomnień: Kładka na Uciekaju. Zima